Rowerowy żółty szlak. Część 1.
Oto kolejna porcja wypraw rowerowych. Niestety, nie da się nigdzie pojechać dalej, bo pogoda w tym roku nas nie rozpieszcza. Kiedy mam wolne pada albo ma zamiar padać.
Tak samo jest dzisiaj. (27.07.2014). Od rana żar leje się z nieba, ale synoptycy ostrzegają przed burzami. Choć z drugiej strony, coś im się te prognozy nie
za bardzo sprawdzają. Zresztą, wcale nie muszą zapowiadać. To się po prostu czuje. Ja natomiast bardzo chciałbym wreszcie pojechać gdzieś w góry, lecz przy takiej pogodzie, nie mam
zamiaru ryzykować. W Tatrach do tej pory, za dużo ludzi poważnie ucierpiało od wyładowań atmosferycznych, a ja nie mam zamiaru tych statystyk powiększać. Trudno. Trzeba to jakoś przeżyć.
Podróżować można na różne sposoby, zwiedzając przy tym ciekawe miejsca. Na ten przykład, bardzo dobrym środkiem lokomocji jest rower. To jest wręcz świetny pojazd, o ile nie złapie się
przysłowiowej „gumy” lub nie zacznie padać. I taki oto sposób, w nieco pokrętnych słowach, próbuję się wytłumaczyć, dlaczego jest to opis części pierwszej. Na końcu wszystko
się wyjaśni. Na razie, trzeba udać się na początek trasy. Ten początek ma swoje miejsce tuż obok stacji kolejowej... Tak stacji kolejowej, ale nie w Tarnowie, ale w Woli Rzędzińskiej.
Ktoś to tak ustawił, no to ja nie mam nic do powiedzenia, a zacznę całą wyprawę z Tarnowskiego Rynku. No bo dlaczego nie pokazać tego miejsca kolejny, tysięczny raz?
 |
 |
Do stacji w Woli Rzędzińskiej, postanowiłem dojechać znaną i bardzo często pokazywaną trasą, a mianowicie przez Las Lipie. Wiem, wiem... Znowu będzie trucie o Lipiu.
Cóż poradzić. Jest to popularne miejsce, to nim zostanie. Pokazać zaś trzeba, bo jest po drodze. Zanim tam dojadę, będę musiał przejechać kilkoma, znanymi ulicami miasta. No to w drogę.
Na uwagę zasługuje ulica Wałowa. Dlaczego świeci takimi pustkami? Co pokazują dwie pierwsze fotki. Na następnych widać fragment wyremontowanej ulicy Mickiewicza od ulicy Goldhamera.
Ostatnie pokazują fragment ulicy Starodąbrowskiej. Prawda, że w skrócie.
Jadąc Nowodąbrowską pod górę, zatrzymałem się po drugiej stronie ulicy w miejscu, w którym zawsze się zatrzymuję, bo z tego miejsca, robię zdjęcia leżącemu w dole miastu.
Jedyna różnica to taka, że nie ma tu wzniesienia, z którego by można zrobić lepsze zdjęcia.
Nie ma wzniesienia? Jak to? Co zatem znajduje się po lewej stronie? Ano tak. Następne trzy zdjęcia zrobiłem z górki, niedaleko zabytkowego budynku wodociągów. Niestety,
ale niedawno doprowadzony do
pierwotnego stanu
budynek, już zaczyna pękać. Ja już nie wiem, co się dzieje w tym mieście. Drogi budują tak, że się przy odbiorze rozpadają. Domy nowo budowane wymagają remontów. Mosty nie zawierają pasa
ruchu dla pieszych, czy rowerów... Jasny gwint! Co się z tymi ludźmi dzieje? Przecież ci, co to wszystko budują, robią to też dla siebie! Zaczynam wątpić, czy jeszcze uda się coś dobrze
zrobić w tym kraju. Ażeby potomni wiedzieli, jak wyglądało to wszystko dawniej, niech będzie kilka fotek.
No dobrze. Dalsza jazda odbywa się ulicą Błonie, którą dojechałem do Lasu Lipie. Ponieważ las ten jest dobrze udokumentowany przeze mnie, to pozwolę sobie na pokazanie kilku fotek.
Cóż. Czymś trzeba wypełnić tę stronę. Prawda?

No.
Teraz będzie nieco pokrętnie. Po dojechaniu do głównej drogi w Woli Rędzińskiej trzeba skręcić w lewo. Właściwie to trzeba pojechać zgodnie z oznaczeniem szlaku czerwonego
pieszego, ale nie będę pisał o tym, bo już to
zrobiłem w zeszłym roku. Różnica jest tylko taka, że musiałem
dojechać na stację główną Wola Rzędzińska, a dokonałem tego południową stroną torowiska. To kilka fotek nie zaszkodzi pokazać.
Właściwie to dobrze się stało, że pojechałem południową stroną torów, bo trafiłem na przejścia podziemne między peronami. Inaczej nie pokazałbym tego przejścia. Teraz nie
mam wyboru i aby dostać się na stację muszę przejść na drugą stronę.
Tak się zastanawiam. Po co wybudowano te przejścia, skoro praktycznie nikt z nich nie będzie korzystał? Znaczy się, ja skorzystałem, ale podróżni? Przecież dzisiaj
każdy ma swój samochód, a kolej upada coraz bardziej i nic nie zapowiada odwrotu tej sytuacji. No, ale mogę być w błędzie, więc poczekam na rozwój sytuacji. Dobra. Jestem na stacji
kolejowej Wola Rzędzińska i będę ją zwiedzał. Właściwie to można powiedzieć, że nie ma zbyt wiele do zwiedzania. Pozostał jedynie dawnych czasów czar, bo po czasach świetności kolei,
pozostał jedynie budynek zamknięty na przysłowiowe cztery spusty. Szkoda, że nie jest otwarty. Można by go zwiedzać, a tak udało mi się jedynie zrobić kilka fotek przez bardzo brudną
szybę. Pociągi zaś, w ogóle się tutaj nie zatrzymują. Nawet chciałem zrobić zdjęcie przejeżdżającemu składowi, ale zamiast nacisnąć na spust migawki, to ja sierota jedna, nacisnąłem
na wyłącznik aparatu. Ostatecznie zrobiłem fotkę, „tyłom” składu.
Ok. Wszystko, co do tej pory napisałem, nic nie znaczy, bo to zaledwie był wstęp do całej wycieczki. Właściwa wyprawa zaczyna się przy tablicy stojącej przed dworcem.
Z tej tablicy dowiemy się kilku „ważnych” informacji. Po pierwsze: Pięknym czerwonym kwadracikiem, zaznaczone jest miejsce, gdzie, właśnie stoimy. Po drugie: Zobaczymy wszystkie
ścieżki rowerowe w najbliższej okolicy. Po trzecie: Niczego innego nikt się nie dowie, bo nigdzie nie uświadczysz żadnych tabliczek czy oznaczeń. Kompletnie nic nie ma w pobliżu tej tablicy.
Tylko pogratulować tym, co dbają o to oznakowanie.

Pojeździłem trochę pobliskimi uliczkami i nie znalazłem właściwego szlaku. Cóż robić? Ryzyk, fizyk. Pojechałem drogą obok widocznego poniżej słupa. Dobrze trafiłem, bo to jest
właśnie szlak, a prowadzi do miejsca, gdzie przed chwilą byłem. Czyli do przejazdu kolejowego. Dalej w sporej części pokrywa się z czerwonym szlakiem pieszym. Oczywiście wiele znaków jest
zakrytych, więc trzeba uważać, aby ich nie przeoczyć.
Odnośnik do wyprawy czerwonym szlakiem podałem już na początku, to nie będę robił tego tutaj. Wrzucam jedynie dwie fotki z tego przejazdu. Naprawdę od tamtej pory, nic się
tu nie zmieniło. Za to, serdecznie zapraszam na przejażdżkę tymi drogami. Naprawdę warto.
 |
 |
Teraz czas na przerwę w wyprawie. Wszystko za przyczyną tego, co widać na poniższej fotce. Ileż tych owoców było! Ludzie! Na zdjęciu zaś widać może 1% wszystkiego. Trzeba
było jedynie wejść nieco głębiej i zajadać się pysznymi, w większości bardzo słodkimi czernicami. Właściwa nazwa tych owoców to
Jeżyna,
lecz w okolicach gdzie mieszkam, zwyczajowo mówi się czernica, co też nie do końca jest prawdą, ale nie ważne. Po co się kłócić o nazwy, jak ilość owoców i tak wystarczyłaby mi na kilka dni
porządnego zajadania się. Oczywiście zrywałem owoce tylko z wyższych części krzaka ze względu na lisy. Tuż przy gruncie mogą być skażone lisimi odchodami zawierającymi groźne pierwotniaki.
No ale po co gadać, jak można popatrzeć sobie na piękne owoce, których zostało ponad sto razy tyle, z czego połowa niedojrzałych.

O dalszej jeździe nic nie będę pisał, bo już kilka razy pokazywałem tę trasę. Jedyna zmiana w otoczeniu to brak drzewa, (trzecia fotka poniżej), podgryzanego przez jakiegoś
zwierza albo człowieka o niecnych planach. Właśnie o
to
zdjęcie mi chodzi, gdzie widać podgryzanie przy ziemi.
No dobrze. Ostatecznie wyjechałem na asfalt, którym będę się poruszał do końca wycieczki. Zatem obieram kierunek asfalt-wschód i jazda przed siebie.
Od początku Podgórskiej Woli do skrętu w lewo za sklepem jedzie się wręcz komfortowo. Asfalt jet utaj gładziutki i równiutki. Nie ma nigdzie żadnych dziur czy wyrw jak w Tarnowie,
gdzie miejscami można koła zgubić. Nawet po skręceniu w jakąś małą leśną drogę, też jedzie się komfortowo, aż do miejsca pokazanego na czwartej fotce. Tu trzeba skręcić w prawo. Żeby nie być
posądzonym o skrajnie złe nastawienie do odpowiedzialnych za oznakowanie szlaków, dokonałem czynu niesamowitego. Wróciłem się około 400 metrów i raz jeszcze przejechałem tę trasę. Niestety, ale
nie ma żadnego oznakowania.
Po skręceniu w prawo już myślałem, że dalsza część szlaku prowadzi taką żwirową drogą, gdy nagle po mniej niż 500 metrach pojawia się ponownie asfalt. Ech... Fajnie by było,
gdyby człowieka nieco wytrzepało na nierównościach. Tutaj, chociaż jazda po gładziutkim asfalcie jest naprawdę miła, to jednak nie to samo co szutrowe podłoże.
Odcinek pokazany powyżej, jest co ciekawe, nawet dość dobrze oznakowany. Jednak jakiś zgrzyt musi być. Ostatni znak szlaku rowerowego od skrzyżowania pokazanego na pierwszej
fotce poniżej, był ponad 400 metrów, jednak nic nie mówił o kierunku jazdy, jaki trzeba obrać, chcąc pojechać żółtym szlakiem. Nie ma go nigdzie, a już na samym skrzyżowaniu, nie uświadczysz
go w ogóle. Jednak podpowiem. Trzeba skręcić w lewo. Nie w prawo ani na wprost. W lewo!
I to już jest koniec wycieczki... Koniec? Jak to? Otóż, kiedy pokonałem zakręt, usłyszałem dalekie odgłosy burzy, a po chwili, pomiędzy koronami drzew, dostrzegłem ciemne chmury.
Myślałem, że przejdą bokiem, ale kiedy pokonałem kolejne setki metrów, odgłosy stawały się coraz bardziej intensywne i zdecydowanie częściej. Nie ryzykowałem. Od razu przypomniała mi się wycieczka
z
2010 roku, kiedy to uciekałem przed burzą od Rychwałdu. Na chwilę zatrzymałem się obok przystanku autobusowego
i właśnie robiłem fotkę, gdy nagle gdzieś niedaleko, jak nie piz... No, tego. Najpierw błysnęło, potem grzmotnęło, a ja bardzo szybko podjąłem decyzję o końcu wyprawy. Nawet aparatu nie chowałem,
tylko dzielnie trzymając go w „ręcach” próbowałem robić fotki. I tak ostatnia fotka poniżej jest tradycyjnie, ostatnią fotką zrobioną tego dnia.
W taki oto sposób zakończyła się ta wyprawa. Dobrze zrobiłem, że uciekłem do domu. Kiedy dotarłem zziajany jak pies do skrzyżowania Błonie-Nowodąbrowska-Spokojna, nagle ruszył
się taki wiatr, że trudno było ustać na nogach, nie mówiąc o jeździe. Nie wspomnę nawet o dochodzących co chwilę grzmotach. I ledwie co zjechałem w dół do stacji paliw STATOIL, a już zaczęło
padać coraz mocniej. Ostatecznie popadało sobie troszeczkę i tyle. Za to tam, gdzie byłem oraz tam, gdzie miałem dojechać, lało okropnie. O czym dowiedziałem się na drugi dzień, czytając wiadomości
w necie. Dlatego też wyprawa została przerwana. Proszę się jednak nie martwić. Przy najbliższej okazji zostanie powtórzona cała, od stacji kolejowej. Może będzie więcej szczegółów. Na
dziś wystarczy tego pisania.
Pozdrawiam serdecznie.
SSP
Skrobacz
Stron Prostych.