Koniec wakacyjnej radości!
Jak co roku, tak i w tym chciałem na zakończenie wakacji pojechać gdzieś w Polskę. No, ale niestety, nie miałem możliwości.
Postanowiłem jednak gdzieś pojechać na przekór wszystkim przeciwnościom. Nie wiem co się dzieje, ale ten rok, że go nazwę, rok „wirusa”,
jest najgorszym jak dotąd w moim życiu. A myślałem, że już nic gorszego się nie wydarzy. Tylko po co pisać o tym, jak na koniec roku będzie podsumowanie
i wtedy zapewne powylewam nieco żali. Wziąłem więc pojazd zastępczy, czyli w moim przypadku podstawowy środek lokomocji, jakim jest rower, wsiadłem na
niego i pojechałem sobie ulicami Tarnowa. Na początek udałem się na ulicę Dąbrowskiego, bo już gdzieś tak od tygodnia, otwarto wreszcie boczne ulice
w pobliżu budowanego od paru lat wiaduktu kolejowego, w ciągu ulic, wspomnianej Dąbrowskiego i alei Tarnowskich, czyli Torową i Małeckiego. Chociaż
są tam nadal utrudnienia, bo postawili ruch wahadłowy ze światłami. Ja akurat pojechałem na skróty i... Wszystko widać poniżej więc po co pisać. Jak
będzie się sprawował ten układ komunikacyjny? Zobaczymy w przyszłości. Na pewno coś o tym napiszę. Zastanawia mnie tylko jedno. dlaczego to tak długo
trwało, bo prawie 5 lat. Pierwsze prace zaczęły się w roku 2016, co uchwyciłem między innymi na
tym
zdjęciu, właśnie z roku 2016.
Skoro pokazałem stan wiaduktu z jednej strony, to wypada pokazać i z drugiej strony.

Ostatecznie chciałem pojechać ulicą Lotników i pokazać jeden ze szlaków rowerowych prowadzących do Czarnej, ale jakoś tak nie do końca byłem
przekonany do tego pomysłu. Dlatego też popedałowałem... Oj, przepraszam za to słowo! Szczerze mówiąc, nie wiem jak nazwać to urządzenie znajdujące się w każdym
rowerze, by nikogo nie obrazić. Może powinienem powiedzieć, „korbonogi” albo „nogokorby”? Ten świat staje się z dnia na dzień coraz bardziej
popie... Sorry! Popiepszony. (Pisownia celowa, by odróżnić to co chciałem powiedzieć, od czynności przyprawiania potrawy pieprzem). Pojechałem ostatecznie na górę
św. Marcina. Przy okazji natknąłem się na
szachownicę
znajdującą się przy zakręcie obok parkingu, wybudowanego na miejscu byłej
kręgielni.
Tak, tak. Była kręgielnia na świeżym powietrzu. Wtedy myślałem, że ktoś tę szachownicę próbuje naprawić i udostępnić, ale jak widać, prawdopodobnie na chęciach się skończyło.
Dalszej części nie muszę opowiadać, bo ją widać na poniższym zdjęciu. Będąc na ruinach, zrobiłem serię fotek i połączyłem w panoramę. Czy
mi wyszła? A gdzieżby tam. Namęczyłem się, by to poskładać do kupy, a wyszło mi takie coś... Zostawiam ocenę innym. W każdym razie, na ruinach byłem sam
przez bardzo długi czas. Chyba się ludziom znudziło już to miejsce. Ja natomiast, nadal będę pokazywał fotki, jak się zmienia wygląd na przestrzeni lat.

Na dalszą przejażdżkę nie miałem kompletnie pomysłu. Chciałem pojechać gdzieś w okolice Żabna, ale ostatecznie pojechałem w dół ulicą Wypoczynkową,
by się ”nacieszyć” kompletnym zabudowaniem Marcinki. Strasznie dużo domów się tu stawia. Zobaczyłem też jak na miejscu
spalonego
domu, piąta fotka poniżej, buduje nowy. Nawet znalazłem fotkę, jak stał tam jeszcze
drewniany
dom. No ale to było dawno temu, bo aż 10 lat. Potem pojechałem ulicą Zamkową, a mijając równie stary dom, postanowiłem zrobić kilka fotek. Niestety, jest on
strasznie zarośnięty, a wchodzić nie chciałem, by nie naruszyć czyjejś prywatności. Szkoda, że właściciele nie dają możliwości zobaczyć wnętrza takich budowli.
Byłaby to niezła pamiątka minionego czasu. Ech... Ostatecznie wyjechałem w Tarnowcu nieopodal szkoły i pojechałem główną drogą w kierunku Tuchowa. Taki miałem
nawet zamiar, aby tam pojechać. Jednak zaraz za Tarnowcem skręciłem w kierunku Radlnej, bo mi się w pewnym momencie pedałować odechciało.
Pojechałem więc znaną i często pokazywaną przeze mnie trasą prowadzącą czerwonym szlakiem rowerowym z powrotem do Tarnowca. Gdzie
pokazywałem? No choćby w
tym wpisie, czy też innych, gdzie skracałem
sobie drogę powrotną. Cokolwiek bym nie chciał napisać, to i tak powiem jedynie tyle, że warto było pojechać tą drogą. Trzeba jedynie bardzo dobrze
się rozglądać, bo praktycznie nie ma tu żadnych znaków szlakowych.
Na poparcie tezy o braku stosownego oznakowania niech posłużą te dwa zdjęcia.
Dawniej
tabliczkę tę, było widać bardziej wyraźnie. Umieszczenie jej w koronie drzewa, to nie był chyba dobry pomysł. Ktoś powinien był się bardziej
zastanowić nad tym, co robi. Inne komentarze chyba są tu zbędne.
Dalsza jazda przebiegała drogą asfaltową pomiędzy polami kukurydzy. Jak się okazuje, większość tutejszych dróg, niegdyś zwykłych, polnych,
pokryto asfaltem. Ale to raczej z tego tytułu, że od niedawna znajdujące się tu pola uprawne, zaczynają być zabudowywane domkami jednorodzinnymi.
Tylko po co to wszystko pisać, jak można zobaczyć na poniższych fotkach.
Od kapliczki do ulicy Krakowskiej jechałem wolno. Bardzo wolno. Nie wiem dlaczego, ale bardzo lubię ten zakątek miasta. Może dlatego,
że jeszcze jest w nim odrobina tej „dzikości”, której mi brakuje w innych miejscach. Wszystko staje się takie szablonowe, poukładane, zabetonowane...
No nie ma w tym żadnego piękna. Chyba się starzeję za bardzo.
Dojechałem do ulicy Krakowskiej i co dalej? Wracać mi się nie chciało, więc postanowiłem pojechać przez ulicę Warsztatową, byłe Zakłady Mechaniczne,
do Klikowej. Pojechałem i się nieco zdziwiłem, bo tam gdzie miało być rondo, Krakowska, Warsztatowa, Zakładowa, mówię o prawdziwym rondzie, a nie o „rondelku”
jakie co chwilę stawiane jest przez naszych „inżunieryjów” z łaski swojej. No i tam, gdzie miało być to rondo oraz drogi dojazdowe, obecnie stoi... Lidl.
Mało to już tych supermarketów w tym mieście postawiono? Przecież 150 metrów dalej jest „galeria”! Ja pie... Ok. Tylko spokojnie. Nie ma się co unosić,
bo to nic nie da. Naprawdę słabo się robi jak na to wszystko parzę, co wyprawiają z tym miastem.
Jadąc tędy przypomniałem sobie jak to nie tak dawno,
pokazywałem
domy na dawnym osiedlu kolejowym. Chciałem sprawdzić, czy już je wszystkie wyburzono, czy też jeszcze jakieś się ostały na pamiątkę.
No i jak widać na poniższych zdjęciach, są. Nowe osiedle doszło do drewnianych WC stojących na zewnątrz i nawet jakby przybyło mieszkańców.
Jestem zdania, że powinno się ten skrawek pozostawić dla potomnych, by mogli zobaczyć na własne oczy, a nie na zdjęciach, czy filmach, jak
to żyli ich przodkowie. Może docenią wtedy to, co mają. Chociaż znając ludzi... A nie będę kończył.
Pojechałem do Klikowej. Cała trasa pokazana jest poniżej, więc nie będę nic pisał. Natomiast wspomnieć muszę, że niestety
przegapiłem jeden zjazd i zamiast wyjechać, jak zakładał plan, w Klikowej, to ja znalazłem się w Białej. To była klęska dla takiego wędrowca
jak ja. Zaczynam się zastanawiać nad dalszymi losami takich wypraw. No bo jak się gubię w terenie, który dobrze znam, to oznacza jedynie, że
coś jest nie tak.
Dojechałem do ronda Lecha Kaczyńskiego... Tak, tak. Nie odpuścili. Elektryczną i czystą tak chcieli nazwać, ale ludzie w mieście się
buntowali, no to w zamian tka właśnie zostało nazwane nowe rondo na Klikowskiej. Ale dlaczego tak uparcie do tego dążono, tego pewnie dowiemy się po latach.
Ups... Przepraszam. Zagalopowałem się. Ta strona miała myć całkowicie apolityczna, więc niech taką pozostanie. Od czasu wybudowania nowej jezdni na Elektrycznej,
zawsze pokazywałem ją jadąc ze wschodu na zachód, no to niech dziś będzie odwrotnie.
Gdzie dojechałem? Tak. To jest park na Piaskówce. Dlaczego tam? Bo miałem po drodze, a poza tym lubię to miejsce. I można jeździć na rowerze
po alejkach. W „Parku Strzeleckim” jest to niedopuszczalne, że o bardzo fajnym położeniu piaskówki nie wspomnę.
W parku posiedziałem dłuższą chwilę, po czym pojechałem na lody, do lodziarni na ulicy Targowej. Oczywiście pojechałem na rynek miasta,
ale nie robiłem zdjęć, bo tam nadal trwają w niektórych częściach remonty. Już jakiś czas temu, postanowiłem, że nie pokażę rynku, aż wszystkie prace
nie zostaną zakończone. Zrobiłem fotkę jedynie ulicy Wekslarskiej, bo nie pamiętam czy w ogóle kiedykolwiek ten fragment rynku pokazywałem, a na koniec
przejechałem jeszcze część ulicy Wałowej. No i to byłoby na tyle.
Ostatnią zdjęcie jakie zrobiłem tego dnia, to jest pokazany poniżej fragment Placu
Szczepanika.
Przyznam szczerze, że nie mam pojęcia, dlaczego w ogóle taką fotkę zrobiłem. Ponieważ to już u mnie tradycja pokazywania takich fotek, no to... Tradycja to tradycja.
Przyjechałem do domu dość wcześnie, ale to jest chyba efekt tego całego COVID-19, bo właściwie w tym roku niczego nie dokonałem. Nie wiem. Wlazł we mnie jakiś taki
marazm, że się kompletnie niczego nie chce. Nawet w górach nie byłem tego roku do tej pory. (Tekst ten kończę pisać 19.09. Małymi literami, bo przecież to wstyd.)
Doszło nawet do tego, że jak jest pogoda nawet znośna, to nie chce mi się roweru wziąć i gdziekolwiek pojechać, ale narzekać na brak ruchu, potrafię. Kończąc to przynudzanie
w kolejnym wpisie, powiem krótko. Ten rok, to rok zmarnowany. Od początku do... Zapewne końca.
Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich, którzy czasami tu zaglądają.
Tekst i foty wklepał: SSP*)
wpis nr 313